czwartek, 20 listopada 2014

Pyszne śniadanie z kaszą jaglaną

To śniadanie to moje odkrycie roku, nigdy nie przypuszczałam, że pokocham jakąkolwiek kaszę. Jakoś nigdy za nimi nie przepadałam i chyba mogłabym na palcach wyliczyć ile razy w życiu jadłam kaszę. Odkąd jednak naczytałam się o zdrowych właściwościach kaszy jaglanej, od razu postanowiłam ją wypróbować. Najpierw przyrządziłam ją na obiad, a potem korzystając z resztek wpadł mi w ręce ten oto przepis i wykorzystałam ją na śniadanie. Ale zanim go wam podam, proszę przeczytajcie jakie wspaniałe właściwości ma ta kasza. To naprawdę ważne!

DLACZEGO WARTO SIĘGAĆ PO KASZE JAGLANĄ?

Kasza jaglana (proso) to absolutne, żywieniowe dobrodziejstwo. Przede wszystkim nie uczula, dzięki czemu wszystkie osoby borykające się z problemem alergii pokarmowej mogą sięgać po nią każdego dnia zarówno w wersji na słono jak i na słodko. Nie zawiera glutenu i ma bardzo wysoką wartość energetyczną. Jest zasadotwórcza, co oznacza, że wspomaga trawienie i wyrównuje nadmiar kwasu. A to bardzo ważne w dzisiejszych czasach, gdyż większość z nas ma silnie zakwaszone organizmy z powodu nadużywania pokarmów o tej naturze oraz wszelkiego rodzaju używek. O czym pisałam tutaj. Ma ocieplające właściwości, nie wychładza organizmu od wewnątrz i w związku z tym jest polecana wszystkim osobom, które marzną zimą. Ponadto skutecznie usuwa śluz z naszego organizmu, o czym powinny pamiętać wszystkie mamy, które włączając kasza jaglaną do diety swoich pociech podczas infekcji, skutecznie pozbywać się będą mokrego kaszlu i kataru. Podając jaglankę skutecznie wzmacniamy i pobudzamy osłabiony i wychłodzony organizm – ma bardzo silne właściwości odżywcze.

NA CO POMAGA NAM KASZA JAGLANA?

Przede wszystkim neutralizuje nam nadmiar kwasów żołądkowych dzięki czemu skutecznie zwalcza zgagę. Zaraz po spożyciu potrafi przynieść ulgę. Doskonale usuwa śluz z organizmu i widać to namacalnie u dzieci, które w czasie infekcji borykają się z mokrym kaszlem i katarem. Ponadto zawiera bardzo dużą ilość aminokwasów, wartości odżywczych oraz zaopatruje nasz organizm w potrzebne białko. Spożywanie kaszy jaglanej zaleca się osobom, które walczą z chorobami nowotworowymi jak również zalecana jest przy chorobach żołądka, trzustki, jelit i nerek.
Gdyby każdy z nas jadł kaszę jaglaną przynajmniej dwa razy w tygodniu na śniadanie to prawdopodobnie oddziały gastrologiczne w szpitalach z czasem by opustoszały. Jej działanie szczególnie na układ pokarmowy jest wręcz spektakularne. Gdyby ktoś nie wiedział, to już praktycznie, co czwarty Polak umiera na chorobę nowotworową. Dlatego zasadotwórcza kasza jest oprócz aktywności na świeżym powietrzu, najkrótszą drogą do utrzymania równowagi kwasowo zasadowej w organizmie. Wystarczy ją po prostu zacząć jeść. Jaglana to królowa kasz i prozdrowotny wulkan. Wspaniale odkwasza, oczyszcza organizm, obfituje w witaminy z grupy B, które wzmacniają pracę jelita grubego. Zawiera lecytynę, bez której nasza pamięć może zacząć z czasem szwankować. Jagła jest bogata w substancje mineralne jak wapń, fosfor, potas i żelazo. Jej skład aminokwasów jest doskonały i dostarcza pełnowartościowego białka. Polecana jest w chorobach trzustki, wątroby, jelit i nerek oraz przy wyziębieniu organizmu. Należy do najbardziej lekkostrawnych produktów zbożowych, a przy tym dostarczających sporej dawki energii w postaci węglowodanów złożonych. Kasza jaglana zawiera rzadko występującą w produktach spożywczych krzemionkę, mającą wręcz zbawienny wpływ na stawy. Krzemionka korzystnie wpływa na wygląd skóry, paznokci i włosów. Jaglana doskonale wzmacnia nerki, harmonizuje śledzionę i żołądek. Usuwa z organizmu wilgoć, która jest przyczyną częstych stanów zapalnych i chorób górnych dróg oddechowych. Ufff...Mam nadzieję, że to wystarczająco dużo powodów, żeby zacząć ją systematycznie jeść.

JAK PRZYGOTOWAĆ KASZĘ JAGLANĄ?

Bardzo często słyszę opinie, że kasza jaglana jest niesmaczna ze względu na smak goryczki. Wiele osób również narzeka, że nie jej konsystencja jest mało przyjazna i pozostawia wiele do życzenia, by zjeść ją ze smakiem. Moim zdaniem Ci  co narzekają po prostu źle ją przygotowali i dlatego nie wydała się być atrakcyjnym kąskiem na talerzu. A więc, by dobrze zabrać się za przygotowanie posiłku w oparciu o nasz produkt zbożowy należy odmierzyć upragnioną jej ilość i zalać zimną wodą na około godziny. Można moczyć ją oczywiście dłużej, jednak pamiętać, że przed ugotowaniem zmienić jej wodę. Ja zmieniam wodę nawet kilka razy, dopóki będzie czysta a nie mętna. Proporcja gotowania kaszy jaglanej jest dokładnie taka sama jak w przypadku innych kasz czyli 2:1 (dwie szklanki wody na jedną szklankę kaszy). Gotuję zatem wodę i wypłukaną lub wymoczoną kasze wrzucam na wrzątek. Można dodać łyżeczkę soli morskiej i łyżkę oliwy z oliwek. Ja tego nie robię, bo często jem na następny dzień kaszę odgrzewaną na śniadanie, robię ja wtedy na słodko i sól jest mi tutaj zbędna. Można też gotować kaszę z dodatkiem imbiru, laski cynamonu, anyżu gwieździstego czy kilku ziaren kardamonu, w zależności oczywiście od tego co planujemy z tej kaszy przygotować. Kaszę należy obserwować. Gdy już woda wsiąknie w ziarno (po około 15 minutach), wyłączamy źródło ciepła i przykrywam na kilka minut. Uwaga! W trakcie gotowania kaszy nie mieszamy jej! Tak przygotowana kasza jest gotowa do spożycia lub nadaje się do dalszej obróbki.

Przepisy na dania główne z kaszy będą się pojawiać, już mam kilka wypróbowanych. Dziś jednak moje ulubione śniadanie, które wszystkim polecam!


Kasza jaglana z gruszką, bananem i truskawkami

1 dojrzała słodka gruszka
1 dojrzały banan
opcjonalnie 4-5 truskawek
4-5 łyżek ugotowanej kaszy jaglanej, może być z dnia poprzedniego
szczypta cynamonu
łyżeczka prażonych płatków migdałowych

Gruszkę oraz banana ścieramy na tarce o grubych oczkach. Z dojrzałej gruszki powinna nam zrobić się spora ilość soku, dodajemy ugotowaną kaszę i wkładamy wszystko do małego garnka, tak żeby nam się wszystko dobrze podgrzało. Jeśli jest sezon na truskawki to kroimy je na ćwiartki i wrzucamy do garnka z resztą składników (bez truskawek też smakuje wybornie.) Dodajemy cynamon i przekładamy do salaterki. Posypujemy uprażonymi płatkami migdałów. I gotowe. Wszystko trwa nie wiele więcej niż przygotowanie jogurtu z owocami, a jest bardziej pożywne, i jak dla mnie smaczniejsze. Ten przepis można modyfikować w dowolny sposób. Kaszę jaglana na ciepło można w zasadzie przygotować z każdym owocem, byleby był słodki, wtedy nie potrzebujemy dodatków w postaci cukru. Mam nadzieję, że wam zasmakuje tak samo jak mi :) Przepis idealny też dla waszych pociech :) Pyszny i zdrowy, na pewno go polubią :)

źródła:
http://gotujzdrowo.com
http://mamalyga.org

poniedziałek, 17 listopada 2014

Stintino - Costa Paradiso


Na Sardynie przylatujemy już późnym wieczorem. Po wylądowaniu udajemy się od razu do okienka w którym podpisujemy umowę na wynajęcie samochodu. Korzystamy ze sprawdzonej już wypożyczalni. Dzięki temu, że lecimy tylko z bagażem podręcznym podchodzimy do sympatycznej pani jako pierwsi, za nami od razu ustawia się kilkunastoosobowa kolejka. Podpisanie dokumentów sprawne i bez jakiegokolwiek problemu. Wynajęliśmy Opla Corsę, idealna na 4 osoby, z czterema bagażami podręcznymi. No to możemy ruszać do naszego miejsca noclegowego w okolicach Stintino. Nawigacja bez problemu znajduje wskazany adres, no to jedziemy. Po ok 40 min w zupełnych ciemnościach i przez totalne odludzie, docieramy do rzekomego punktu docelowego. Tylko, że w tym miejscu ani domu, ani innej drogi...nic, szczere pole. Ciemno jak w d... ani żywego ducha, ba nawet żaden samochód nas nie mija. Kręcimy się trochę po okolicy. No nic dzwonimy do naszego BB, odbiera starsza pani, ni w ząb po angielsku, nasz włoski nie lepszy, no nie dogadaliśmy się. Najgorsze było to, że naprawdę nie było kogo zapytać o drogę...ehh...wracamy kilka km, bo pamiętamy, że mijaliśmy niewielkie rondo, a przy nim chyba coś w rodzaju baru. Pani właśnie zamyka kasę, pokazuję jej nazwę BB na szczęście kojarzy i pokazuje nam drogę. Okazało się, że na rondzie źle pojechaliśmy, po kilku minutach byliśmy na miejscu. Ufff, całe szczęście...jesteśmy ocaleni, ale szukanie po ciemku miejscówki noclegowej na Sardynii nie było najlepszym pomysłem. O samym BB napiszę na końcu.






Sympatyczny starszy pan dał nam klucze do pokoi. Zostawiliśmy walizki i wróciliśmy się kilkaset metrów, gdzie była restauracja. Wciągnęliśmy po olbrzymiej pizzy (spokojnie mogła być dla 2 osób) i wróciliśmy do naszego B&B. Nie spałam całą noc. Sama nie wiem czemu. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Zasnęłam jak już się zaczęło robić jasno. Chyba za dużo myśli ganiało mi po głowie :) Pierwszy dzień na Sardynce rozpoczynamy od odwiedzenia Cala Pelosa. Znalazłam ją na pierwszym miejscu długiej listy najpiękniejszych plaż Sardynii. Faktycznie, plaża cudowna i jedyna w swoim rodzaju z charakterystyczna wieżą. Niestety pogoda plażowaniu nie sprzyjała, burza wisiała w powietrzu i choć było cieplutko, to po zrobieniu kilku fotek szybko się zwijaliśmy, bo już zaczęło padać. Do plaży jest dobry dojazd, można zaparkować zaraz wzdłuż plaży. Parking jest płatny i choć nam bez problemu udało znaleźć się miejsce, to przypuszczam, że w sezonie, trzeba się tam mocno nagimnastykować, żeby znaleźć tam jakieś wolne miejsce.







Burza rozpętała się na całego, a niebo przykryło się grubym ciemno szarym płaszczem zasłaniając tym samym słonko. Opuszczamy zatem Stintino i udajemy się w kierunku Porto Tores. Niestety ponieważ nie przestaje padać, jedziemy dalej. Nie lubię deszczu na wakacjach :( od razu wpędza mnie to w zły i smutny nastrój. Tym bardziej, że plan mamy tak ułożony, że nie mamy możliwości odwiedzenia tych miejsc w innym dniu, czy powrotu do nich. No nic, trudno. Mijamy również Castelsardo, pięknie położone miasteczko na wybrzeżu. Padało tak mocno, że nawet na chwilkę nie było jak wyjść z samochodu, a najgorsze było to, że niebo było przykryte grubymi deszczowymi chmurami i sprawiały wrażenie jakby miało padać przez cały tydzień...buuu...Na pocieszenie zatrzymujemy się przy jednym z przydrożnych straganów warzywnych i zaopatrujemy się pyszne owoce, winogrona, śliwki, banany i brzoskwinki takie mięciutkie, soczyste (ostatnio takie jadłam chyba z 20 lat temu). Dochodzi pora lunchu, zatrzymujemy się więc w przydrożnej restauracji na jedzonko. Po wczorajszej uczcie pizzowej szukam w karcie czegoś lekkiego. Rukola, mozarella, pomidory, krewetki jak dla mnie idealne składniki na sałatkę. Reszta załogi podchwyciła temat, też mieli ochotę na sałatkę. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy kelner przychodzi do nas z czterema pizzami. O nie, tylko nie to! Ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę to pizza. Ehhh...nie dość, że pada, to jeszcze wychodzą na wierzch nasze umiejętności włoskiego. Wcisnęliśmy te pizze jakoś, płacimy, wychodzimy a tu słońce na całego, błękitne niebo, po deszczu ani śladu. No to mi się podoba :) Zjeżdżamy w takim razie na Costa Paradiso!







Od razu humory wszystkim wracają :) Co to słońce potrafi zdziałać :) Costa Paradiso, to perełka północnej Sardynii. Przepięknie położony kompleks domków z basenami i pięknym widokiem. Zdziwiły nas jedynie pustki. Nie było tam dosłownie nikogo poza nami. Domki wszystkie opuszczone, tzn wygląda na to że sezon całkiem zakończony, a szkoda, bo temperatura po wyjściu słonka niczego sobie i spokojnie można by w wodzie się popluskać. Formacje skalne, bardzo przypadły nam do gustu. Połaziliśmy dość długo po nich. Posiedzieliśmy, pomoczyliśmy nogi, pozwoliliśmy rybkom na poobgryzanie martwego naskórka :) wpałaszowaliśmy wszystkie brzoskwinki i poszliśmy zobaczyć co więcej oferują w tym uroczym miejscu.





Znaleźliśmy parking, i budkę z piciem, i dróżkę, która prowadziła w tajemnicze miejsce. Woda zakupiona, no to idziemy sobie pospacerować, zobaczymy co kryje się za zakrętem. Spacerek w takich okolicznościach przyrody, to sama przyjemność. Słonko świeci, wiaterek wieje, jej jak ja to kocham! Doszliśmy wreszcie do celu. Patrzymy, a tam całkiem przyjemna plaża. Chętnie byśmy sami poplażowali, ale niestety przed nami jeszcze spory kawałek drogi, a słonko coraz niżej.






Wracamy zatem do samochodu i w drogę. Musimy dotrzeć do Palau, skąd promem czeka nas przeprawa na wyspę La Maddalena. Prom na który można zabrać samochód odpływa średnio co pół godziny. Trasa ta jest obsługiwana przez dwie firmy. Okienka w których można zakupić bilety są zlokalizowane po dwóch stronach ulicy. Na ich wysokości stoi pan wspomagający ruch i informujący o czasach odprawy promów a także wręczający ulotki. I tutaj UWAGA! Podeszłam do pierwszego okienka po prawej stronie, mówię panu, że chcę bilet na samochód, podaję markę, ilość osób sztuk cztery, a on mi podaje cenę 85 euro. Ja na niego wielkie oczy, podziękowałam ładnie i idę do drugiego okienka, bo wiem, że znajomi za ten bilet w lipcu (czyli w sezonie) płacili 50 euro. Tam pani po zadaniu tych samych pytań podaje mi cenę 72 euro. No pytam jak to możliwe, że znajomi za te samą trasę kilka tygodni temu płacili mniej. Pani cos tam zaczęła nawijać o mozliwości zakupu z wyprzedzeniem i że wtedy dostaje się jakaś zniżkę. Coś tam poklikała w komputerze i powiedziała, że może nas podciągnąć pod wieczorną taryfę i wtedy nas wyjdzie 60 euro. No dobra, to już zdecydowanie lepiej niż pierwsza cena. Kupiłam bilety, poszłam do samochodu, trochę jeszcze postaliśmy na zewnątrz, a tu podchodzi do mnie pan z pierwszego okienka i mówi, że się pomylił i że może nam sprzedać te bilety za 65 euro. Podziękowałam mu i powiedziałam, że właśnie kupiłam za 60. Tak więc tutaj uważajcie, bo ceny ewidentnie z kosmosu i mam wrażenie, że nacinają na nie jak tylko mogą. Przeprawa promem, trwa ok 15 min. Z parkingu odbiera nas właściciel naszego lokum i jedziemy do naszego domku. Z portu jakieś 5-7 min. Miejscówka wręcz idealna! Ale o tym w następnym poście.









Jeszcze kilka słów o miejscu noclegowym w okolicach Stintino. Poza tym, że nawigacja źle nas pokierowała i w ciemnościach nie mogliśmy jej znaleźć to wszystko w najlepszym porządku. Bardzo fajne, przyjemnie urządzone pokoje. Super łazienka, czysto i pachnąco. Łóżko wygodne, komarów brak. Co najważniejsze, brak żadnych dodatkowych opłat typu pościel, ręczniki itd. Kilkaset metrów od BB znajduje się restauracja w której serwowali pyszną pizze i krewetki. Naprawdę smaczne jedzonko. Nie da się jej nie znaleźć, bo to jedyna restauracja po drodze do BB.

Informacje praktyczne:
Przelot Ryanairem do Alghero - 70 euro od os/tylko bagaż podręczny
Wynajem samochodu na 7 dni - 180 euro z ubezpieczeniem, rezerwacja zrobiona w Sicily By Car
Nocleg w Stintino - B&B Nonno Stacca - 50 euro za pokój dwuosobowy ze śniadaniem
Alghero -  B&B Nonno Stacca - 45 km
Stintino - Costa Paradiso - 100 km
Costa Paradiso - Palau - 52 km
Przeprawa promem na La Maddalena - 60 euro za Opla Corse z 4 osobami

piątek, 14 listopada 2014

Jak sprawdzić zakwaszenie organizmu?


Założę się, że po przeczytaniu ostatniego posta na temat równowagi kwasowo-zasadowej wiele z was zastanawiało się, jak to jest z tym PH jest u was. Czy jesteście zakwaszeni, czy nie, a jeśli tak to jak bardzo. Miałam identycznie, po kilka dniach spędzonych w sieci i zaczerpnięciu sporej dawki informacji na ten temat, jedyne co siedziało mi w głowie, to pytanie, jak źle jest ze mną?

Jak zatem zmierzyć pH moczu?

Najlepszym i najbardziej wiarygodnym sprawdzeniem pH moczu jest oczywiście badanie laboratoryjne. Jednak, większość z nas, nie ma czasu wybrać się specjalnie na takie badania, więc odkłada się to na potem, a w efekcie końcowym całkiem zapomina. Dlatego ja sprawdziłam swoje pH innym sposobem. Orientacyjnie można (tanio, szybko i wygodnie) badać samodzielnie pH moczu w domowym zaciszu, aby mieć swój stan zakwaszenia (a co za tym idzie rezerw alkalicznych pierwiastków) na bieżąco pod kontrolą. Najłatwiej użyć do tego pasków lakmusowych. Występują one w sprzedaży w różnych przedziałach i mają różną dokładność. Dla naszych celów dobre będą paski w przedziale 5,5-7 (dla początkujących) albo 6,4-8 (dla już wstępnie odkwaszonych) z dokładnością co 0,2-0,3 stopnia. Tak zwane paski uniwersalne (skala 0-14 z dokładnością 1 stopnia) nie bardzo się nadają, ponieważ odczyt nie będzie wystarczająco dokładny.

Należy trzymać się następujących reguł:

1. Pomiar musi nastąpić tuż po przebudzeniu (zanim jeszcze cokolwiek wypijecie czy zjecie), po minimum sześciogodzinnym wypoczynku.

2. Podstawiamy papierek na 1-2 sekundy pod środkowy strumień moczu (czyli nie na samym początku czy na samym końcu). Ewentualnie można nabrać środkowy mocz do kubeczka czy pojemniczka i zanurzyć w nim papierek wskaźnikowy, a następnie dokonać odczytu. Jak kto woli.

3. Papierek w miejscu zetknięcia z palcami będzie miał kwasowy odczyn. Pamiętajcie więc aby nie dotykać palcami tej akurat końcówki papierka, którą będziecie potem dokonywać pomiaru, ponieważ może to zafałszować wyniki (skóra ma kwasowe pH).

4. Nie trzeba czekać aż papierek wyschnie. Odczyt robimy gdy papierek jest jeszcze mokry, porównując ze skalą kolorów widniejącą na opakowaniu.

5. Jednorazowy czy wykonywany nieregularnie pomiar nic nam nie powie, a nawet wprowadzi w błąd. Najlepiej prowadzić co najmniej przez tydzień dziennik zdrowia, zapisując wyniki porannych pomiarów wraz z dodatkowymi zapisami dotyczącymi menu, stresu, ruchu itd. i wyliczyć tygodniową średnią. Już po tygodniu alkalizującej diety zauważyć można poprawę samopoczucia. A to mobilizuje do nieustawania w dalszych staraniach na nowej, alkalicznej drodze życia  :)


Swoje pH zbadałam dopiero po 3 tygodniach zdrowego odżywiania. Najpierw nie mogłam nigdzie znaleść papierków lakmusowych. W aptekach patrzyli na mnie jak na kosmitę, w drogeriach tym bardziej w końcu udało mi się po żmudnych poszukiwaniach zamówić je przez internet. Potem okazało się, że ktoś zapomniał o moim zamówieniu i dopiero po interwencji telefonicznej do mnie dotarły. Aż normalnie miałam stresa przed pierwszym testem.

PH moczu może wahać się od pH 4 (bardzo kwaśny) do pH 8-9 (bardzo zasadowy). Takie skrajne wartości nie są zdrowe. Fizjologiczne pH moczu  u zdrowo odżywiającego się człowieka powinno wynosić pomiędzy 6,5-7,5. Moje wyszło na poziomie 5,9. Niby bez tragedii, ale do idealnego jeszcze dłuuuga droga. W Polsce papierki lakmusowe można kupić w aptece lub przez internet np. tutaj lub tutaj.  Nie zwlekajcie, sprawdzicie swoje zakwaszenie organizmu jak najszybciej. Swoją drogą jestem ciekawa, czy osoby, które odżywiają się od dłuższego czasu zdrowo znają swoje pH. Jeśli tak, to dzielcie się swoimi informacjami, doświadczeniem, spostrzeżeniami. Jestem ciekawa waszych opinii. 

A w kolejnym poście z tej serii, kilka niewielkich zmian, które można zrobić od ręki, a które wniosą wiele pożytku w nasze nowe, zdrowe życie :) 

Żródło: www.akademiawitalnosci.pl

środa, 12 listopada 2014

Zupa z dyni z imbirem



Sezon na dynie w pełni, więc nie może zabraknąć pysznego, a zarazem zdrowego przepisu na zupę dyniową. W ostatnim czasie wypróbowałam co najmniej kilka różnych przepisów, ale jakoś żaden nie powalił mnie na tyle na kolana, żeby wbić się do naszego menu na stałe. Aż tutaj kilka dni temu jedna z moich czytelniczek podrzuciła mi genialny przepis. Szybki, prosty i mega pyszny. Idealnie trafił w nasze kubki smakowe. Dziękuję Anetko :)

Właściwości odżywcze dyni:
Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu. Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.



Zupa z dyni z imbirem

Skladniki:

• 1kg dyni
• 2 szalotki
• 2 łyżki oliwy z oliwek
• 1 litr wywaru z warzyw
• 125ml mleka kokosowego
• 1 łyżka imbiru posiekanego
• 1 papryczka chili

Przygotowanie:

Dynię myjemy, wyjmujemy miąższ i kroimy na 2-3 cm kawałki. Małe dynie hokkaido nie trzeba obierać ze skórki. Wkładamy do nagrzanego do 190 stopni piekanika. Blaszkę najlepiej wyłożyć papierem do pieczenia. Pieczemy 45 min. Po 30 minutach dodajemy przekrojone na pół szalotki. W garnku z grubym dnem rozgrzewamy oliwę. Podsmażamy imbir i papryczkę chili. Wrzucamy upieczoną dynię, i miksujemy wszystkie składniki na głdką masę. Możemy dodać trochę bulionu, żeby lepiej się miksowało. Po zmiksowaniu dodajemy resztę bulionu oraz mleko kokosowe. Doprowadzamy do wrzenia, w razie potrzeby przyprawiamy pieprzem i solą morską. Do dekoracji można użyć podprażonych pestek dyni. Smacznego :)

Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.htm

Dynia – wartości odżywcze, witaminy i minerały

Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.html

Dynia – wartości odżywcze, witaminy i minerały

Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.html
Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.html
Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.html
Dynia jest niskokaloryczna (10 dag to 28 kcal), bogata w B-karoten (426 μg witaminy A w 100 g - dzienna norma dla dzieci i połowa zapotrzebowania dorosłych), ma sporo potasu (340 mg/100 g), wapnia (21 mg), fosforu (44 mg) i witamin z grupy B, zwłaszcza witaminy B2 (0,11 mg - ok. 10% dziennego zapotrzebowania), do tego jest zupełnie pozbawiona sodu.
Dlatego dynia pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. I co ważne, nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Indeks glikemiczny dynia ma wysoki (IG=75), dlatego nie jest wskazana dla diabetyków. Najlepiej jeść dynię dojrzałą i pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej zawiera witamin B1, PP i karotenu.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/dynia-wartosci-odzywcze-i-wlasciwosci-lecznicze-dyni_40037.html

poniedziałek, 10 listopada 2014

Sardynia - plan podróży

No to pora na rozpoczęcie kolejnej relacji. Tym razem Sardynia. Taki spontaniczny wypad. Zupełnie nie planowany i na dodatek we wspaniałym towarzystwie :) Moich teściów :) I to wcale nie żart, bo mam naprawdę najwspanialszych teściów pod słońcem i szczerze żałuje, że to nasz pierwszy taki wspólny wypad, mam jednak nadzieję, że nie ostatni. Ponieważ wakacje nie do końca planowane, były też niskobudżetowe. Takie wyjazdy w czwórkę bardzo fajnie się rozkładają kosztowo. Bilety kupione na promocji w Ryanairze, samochód po podziale na 4 wychodzi dosłownie grosze, tak samo kwatery wynajęte na miejscu. Ale o tym wszystkim będzie w szczegółowej relacji. A tak wyglądało to w telegraficznym skrócie:

Stintino, Costa Paradiso - dzień pierwszy (24 wrzesień)
Dzień wcześniej lądujemy w Alghero, wynajmujemy samochód i przemieszczamy się od razu w kierunku Stintino. Nocujemy gdzieś po drodze, żeby pierwszego dnia nie marnować czasu na podróż. Plan na pierwszy dzień był taki, że najpierw robimy przegląd plaż w Stintino, potem udajemy się w stronę La Maddaleny odwiedzając po drodze Porto Torres, Castelsardo oraz Cala Paradiso. Niestety deszcz skutecznie psuje nam plany i jedyne co udaje się nam zobaczyć to plażę Pelosa w Stintino przed samą burzą, a później Costa Paradiso.



La Maddalena - dzień drugi (25 wrzesień)
Wyruszamy na objazd naszej wysepki, pięknych plaż i zatoczek. La Maddalena jeszcze do niedawna była miejscem stacjonowania wojsk amerykańskich, które posiadały tu bazę naprawczą okrętów atomowych. Uroki wyspy poznajemy w czasie objazdu panoramicznego, a widoki na wybrzeże, skały i migoczące w słońcu przeźroczyste wody szafirowo – turkusowego morza wprawiają w prawdziwy zachwyt.



Rejs - dzień trzeci (26 wrzesień) 
Dzień wcześniej wykupiliśmy całodniową wycieczkę po pobliskich wysepkach. W planie zwiedzania: Cala Corsara wyspa Spargi, Cala S. Maria wyspa S. Maria, Port of the Madonna wyspa Budelli, oraz widok na słynną Pink Beach. Taki luźniejszy dzień, plażing, smażing i dla tych co lubią rześką wodę słiming :) Dla mnie przede wszystkim raj do robienia fotek :)



Caprera - dzień czwarty (27 wrzesień)
Z La Maddalena wąską groblą przedostajemy się na wyspę Caprera (Kozią Wyspę), która słynie jako miejsce zamieszkania Garibaldiego. Społeczeństwo włoskie postanowiło uhonorować swego bohatera narodowego i złożyć się na kupno tej wysepki z posiadłością wiejską, aby - po wywalczeniu przez Włochy niepodległości - ich przywódca mógł wreszcie odpocząć i mieć gdzie osiąść ze swą liczną rodziną. Tutaj też znajdują się jedne z piękniejszych zatoczek. Postanawiamy dotrzeć do Cala Cotticio. Czy nam się uda dowiecie się już niebawem :)



Costa Smeralda  - dzień piąty (28 wrzesień) 
Wracamy z powrotem na Sardynię. Przemieszczamy się wzdłuż północno-wschodniego przybrzeża.
docierając do Costa Smeralda, która jeszcze do lat sześćdziesiątych XX wieku była miejscem znanym jedynie miejscowym rybakom i ptakom. Odkrył je w czasie przelotu samolotem arabski książę Karim Aga Khan, wykupił i w ciągu dwudziestu lat zamienił w jedno z najbardziej ekskluzywnych i drogich miejsc na świecie. Mają tu swe wille Berlusconi, Naomi Cambell, Putin ( odkupioną od Billa Gates`a, który ponoć nigdy tu nawet nie zajrzał).



San Teodoro - dzień szósty (29 wrzesień)
San Teodoro to nie wielka miejscowość pełna turystów, którzy korzystają z uroków jednych z piękniejszych plaż na Sardynii takich jak La Cinta, Cala Ambra, Cala Brandinchi. W zasadzie było to jedyne miejsce w którym czuło się typowo turystyczny klimat pomimo tego, że była już końcówka sezonu. Ale nie ma się czemu dziwić, bo znajduje się tam najdłuższa i jedna z najpiękniejszych plaż jakie w życiu widziałam.



Alghero - dzień siódmy (30 wrzesień) 
To już w zasadzie dzień wylotu. Do pokonania mieliśmy ok 160 km, tak więc już za wiele nie zwiedzaliśmy. Podziwialiśmy Sardyńskie widoki, piękne sady oliwne, pastwiska. Zaliczyliśmy też przygodę z sardyńskimi karabinierami, jak się skończyła dowiecie się w relacji :) Na końcu wdepnęliśmy do centrum Alghero i pierwszy raz zapomnieliśmy włożyć kartę do aparatu :(




I jeszcze na koniec mapka naszej trasy. Jak widać w tydzień zobaczyliśmy jedynie mały kawałek Sardynii. Żeby zobaczyć więcej trzeba pojechać tam na co najmniej dwa tygodnie :) Do przeczytania :)